O chlebie powszednim…

Taki dylemat dzisiaj mam: jak jeść, żeby codziennie było świeże? U nas trochę nie da się. Często coś zostaje, albo jest tak dobre, że dorabiamy w trakcie posiłku i znów zostaje.

Odgrzewać? Odsmażać? Mrozić? Nie jest to duży kłopot, jeśli zostaje coś „na jutro”, gorzej, jeśli jest „na jutro, pojutrze i jeszcze dalej”. A zdarza się. Gar zupy i totalnie inne oczekiwania domowników na jedzenie. Zupa idzie fiu!… bo nawet jeśli można odgrzać raz i zjeść dwa talerze dziennie, to czasem nie da się po prostu więcej.

Czasem najdzie mnie taka miłość do gotowania, że mam pęd do kuchni, jakby mnie coś przyciągało. I można coś nawet upitrasić, jeśli warunki są sprzyjające, czyli jak Zuzia pozwoli. Robiąc zakupy, myśląc o moich Kochanych o i tym, że tak im swoją miłość wyrażam, potrafię w głowie tyle „naszykować”, że potem ledwo wchodzę z siatami na trzecie piętro.

Gotowanei
Czasami mąż przyprowadza Jacka i pomagają mi gotować.

Czasem jest też tak, że plany i chęci kończą się na zakupach. Potem już nie ma szans na gotowanie. Zdarza się że zakupy tracą datę ważności i lądują w koszu. Zdarza się, że gotowe jedzenie po dwóch lub trzech dniach też ląduje w koszu. A bywa i tak, że po tygodniu odkryte na szarym końcu lodówki również znajduje miejsce docelowe… w koszu.

Tak często wygląda kuchenka po wspólnym gotowaniu.
Tak często wygląda kuchenka po wspólnym gotowaniu. Jedzenie zawartości jednego z tych naczyń boli dwa razy.

Po co to piszę?

Ponieważ nie cierpię gdy jedzenie ląduje w śmieciach! Wyrzucanie nieświeżego jedzenia lub też zepsutego z nadmiaru ilości przeczy moim chęciom bycia gospodarną, zaradną, praktyczną, oszczędną (już nie wspominając o tym, że ekologiczną). A na koniec burzy to moją postawę wychowania w duchu wartości, które są dla mnie ważne. Wartości, które nie pozwalają przejść obok rozrzuconego na ziemi chleba obojętnie i nakazują go podnieść. Nakazują szacunek do pożywienia i ludzkiej pracy, do poszanowania tego, co mamy i życzenia wszystkim, by nikomu tego „powszedniego” nigdy nie zabrakło. I mimo, że zdarza się, że wyrzucam jedzenie, to moim jednym z największych celów kuchenno – kulinarnych wcale nie jest osiągnięcie poziomu wykwintności i rozkoszy dla podniebienia czy poklasku za perfekcyjną czystość do granic możliwości.

Marzę o tym, by gotując jedzenie dla naszej rodziny mieć pewność, że nie zmarnuję tego, co szykuję, nie zniszczę własnej pracy nadmiarem, nie będę musiała po raz kolejny analizować, dlaczego znów coś mi się zepsuło i czy koniecznie trzeba było to wyrzucić…

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *